kk

niedziela, 10 marca 2024

BIEGOWY WEEKEND: Piątka dla Kobiet w Jaworznie + Krakowski Bieg Kobiet koło Tauron Areny.

Cóż to był za dzień kobiet. Toż to właściwie weekend kobiet. Na pierwszy bieg tj. "Piątka dla kobiet" w Jaworznie zapisałam się przypadkiem. Zupełnie niespodziewanie zobaczyłam informację o zapisach i niedługo myśląc wprowadziłam swoje dane. Trasa dobrze znana, wszak tą samą pokonywałam wraz z Bartusiem w biegu dla WOŚP, czy w listopadowym Biegu Niepodległościowym (wtedy nawet dwukrotnie). Wiedziałam, że będzie jedna górka, więc mentalnie nastawiałam się na ten podbieg. 

Co prawda, dzień przed miałam ochotę zrezygnować i nie wstawać z łóżka, ale na szczęście nie poddałam się i pojechałam do Jaworzna. Jak było?

"PIĄTKA DLA KOBIET" WOKÓŁ SOSINY

 
 
Nie ukrywam, że troszkę zaskoczyła mnie pogoda. Myślę, że śmiało mogłam ubrać się  lżej. Taki urok przedwiosennych biegów. Ciężko ocenić, czy będzie padać, czy wiatr będzie zimny, ciepły, czy sypnie śniegiem. W tym przypadku pogoda nas rozpieszczała i było całkiem przyjemnie. W połowie trasy nawet pomyślałam, że mogłam pobiec w krótkim rękawku, tak było mi gorąco.
Nie będę kolorować i przyznam, że biegło mi się źle. Nogi miałam bardzo ciężkie, po pierwszym kilometrze przeklinałam w myślach godziny spędzone przed komputerem w pracy. Ale nie czarujmy się, sama jestem sobie winna. Przecież formę robi się nawet zimą. A ja co? No nic. Totalnie poddałam się lenistwu i przykryłam ciało warstwą tłuszczyku.
 
 
Na trasę przybiegłam zmęczona, obolała i średnio zadowolona. Żeby nie było! Trasa wokół Zalewu Sosina to bardzo urokliwe 5,2km, ale niestety od zawsze nie leży mi pod kątem biegowym. Dlaczego? Nie wiem. Nie lubimy się na ten moment, ale wierzę, że to chwilowe. Zmieściłam się w 29 minutach, co uważam, za lekki obciach :) Liczyłam na wynik bliżej 26minut niż 30, ale biorę to na klatę i cisnę dalej.
 
Na mecie na każdą z Pań czekał piękny medal oraz czekolada bakaliowa (no i jak mam schudnąć i zrobić formę, jak to jeden z moich ulubionych smaków?). Po biegu brakowało mi wody, ale na szczęście na stoisku z kawą i herbatą udało mi się zdobyć kubeczek wody mineralnej. Dziękuję! Sam bieg oceniam na plus, super miejscówka i super ludzie.
 
 
Kolejny dzień, kolejny bieg. Los chciał, że Krakowski Bieg Kobiet odbywał się w niedzielę, więc łatwo mogłam pogodzić dwie imprezy biegowe. W przypadku tego biegu, przespałam pierwsze zapisy. Gdy już psychicznie pogodziłam się, że nie wezmę udziału w Krakowie, zobaczyłam dodatkową pulę miejsc i pyk, udało się! Radość była ogromna, bo miejscówki rozeszły się w 5minut! 
 
KRAKOWSKI BIEG KOBIET W KRAKOWIE


Według prognoz w niedzielę miało być ciepło, ale z opadami deszczu. Martwiłam się, że troszkę zmoknę, chociaż powiem szczerze, że bardzo lubię biegać w deszczu. Finalnie pogoda okazała się łaskawa i było ciepło, przyjemnie i BEZ SMOGU!

Tak dawno nie biegłam w moim ukochanym mieście (nie liczę Krakowskiego Biegu Sylwestrowego, gdyż w moim przypadku tam jest więcej chodzenia niż biegania). Fakt, że bieg odbywał się w okolicy Tauron Areny dodatkowo mnie nakręcał.
 
Rano wstałam ze sporymi zakwasami po sobotnim biegu. Naprawdę miałam ochotę odpuścić, ale coś w głowie mówiło mi, że będę żałować. Po krótkiej walce ze sobą, wraz z rodzinką pojechałam do Tauron Areny, odebrałam pakiet wraz z piękną koszulką, którą możecie podziwiać u góry i stawiłam się na starcie Biegu. A wraz ze mną około 500 pań. Cudownie było widzieć tyle różowych biegaczek. 

 
Trasa biegu nie była bardzo wymagająca. Owszem zdarzały się małe podbiegi, ale nie były one dużym wyzwaniem. Niestety ścieżki były naprawdę wąskie i łatwo było się przewrócić. Na szczęście obyło się bez przywitania się z asfaltem wokół AWF-u (miło było zobaczyć dobrze znane tereny z czasu studiów ;) Myślę, że dopiero po tylu latach dorosłam do tego miejsca). 
 
Po około 10 minutach biegu byłam już na mecie. O dziwo z zakwasami biegło mi się dużo przyjemniej niż bez nich. Zapewne fakt, że było to tylko 2km nakręcał mi tempo. 


Na mecie na każdą z Pań czekały przepiękne goździki oraz ciepły posiłek i napój. Pakiet startowy też był całkiem bogaty. Miłe zaskoczenie, super organizacja!

Takie dni były mi bardzo potrzebne. Przypomniałam sobie, jak bardzo tęskniłam za bieganiem. Sprinterką nie będę, baaa, maratończykiem tym bardziej, ale przebywanie wśród ludzi zajawionych bieganiem naprawdę pozytywnie nakręciło mnie na nowy tydzień. W planach już mam kolejne biegi, przebieram nogami z niecierpliwością i obiecuję, że do nich pobiegam chociaż jeden raz przed startem, a nie pójdę na żywioł jak w ten weekend ;))

W weekend w końcu powiesiłam część moich medali na prezencie gwiazdkowym (dziękuję :*), ale niestety okazało się, że moja kolekcja jest za duża i ponad +/- 30 innych musi poczekać na nowy urodzinowy wieszaczek ;)


To śmieszne, ale dotykając każdy stary medal czułam te emocje, które towarzyszyły mi przed jego zdobyciem. Ach! Jak cudownie wrócić do biegania! Chwilo trwaj!
 
Jak to szczęście, że kolejny bieg za niecały miesiąc <3

J.


1 komentarz: