Tour de Pologne za nami. W sensie, za mną i Czekoladką. W skrócie mogę napisać, że emocje były nie do opisania. Na mnie wrażenie zrobiła sama oprawa imprezy, a na Synku sportowe samochody {w szczególności duża pluszowa krowa jadąca w samochodzie} oraz latający helikopterek z kamerą {kamera odwzajemniła tą miłość i skupiła się na Czekoladce podczas filmowania :)}.
Jeśli już o kamerze mowa - ja, jak to ja, często miewam głupie pomysły - tym razem wymyśliłam sobie, że jeśli założę neonową żółtą spódniczkę, to będzie mi łatwiej siebie wychwycić na fotkach {na poniższej fotce odnajdziecie mnie właśnie po tej odblaskowej spódniczce}. Niby cel osiągnięty, ale czy jestem zadowolona?

NIE. Bez zbędnej ściemy powiem - jeśli zastanawiasz się nad jej zakupem, a masz biodra i nie jesteś modelką - NIE POLECAM. Po pierwsze, wszystkie okoliczne muszki i robaki robią sobie darmową przejażdżkę na Twoim zadku, druga sprawa, każdy nawet najmniejszy kurz jest od razu widoczny na jasnym materiale, trzecia kwestia, krój spódniczki totalnie poszerza, przez co wyglądasz jak szafa trzydrzwiowa. I ja właśnie tak się czułam. Jak czołg na poligonie. Jak szafa w przedpokoju. Nie wiem, jak inne spódniczki, ale moja z Fashion Land jest totalnym niewypałem. Niby ładna, rzucająca się w oczy, podkreślająca opaleniznę, ale jednak zupełnie nie nadająca się do wyjścia gdziekolwiek. Najlepiej na nią patrzeć, ale nie dotykać, bo od razu wygląda jakby ją krowie z gardła wyciągnięto. Dobra ulżyłam sobie - może na kimś innym fajnie będzie wyglądać, ale ja nie wrzucę tutaj żadnego foto mojego outfitu. Czułam się jak tir. Naprawdę. Jakkolwiek to brzmi.